Pokazywanie postów oznaczonych etykietą depresja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą depresja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 lipca 2016

W szponach Szatana

W szponach Szatana
Wyobraźcie sobie młodą dziewczynę z Saturnem, Marsem i Antaresem na Ascendencie w Strzelcu. A teraz nieco niższą, drugą, z Marsem i Plutonem na MC w Skorpionie. Te dziewczyny poznały się na początku studiów i z racji koniunkcji Wenus w Wodniku, zakolegowały się. Początkowo znajomość była dla nich mobilizująca, ale z czasem zamieniła się w niezdrową walkę i rywalizację o to kto jest lepszy, ma więcej osiągnięć, grantów, stypendiów, konferencji i publikacji. Po uzyskaniu tytułu magistra obie oczywiście zaczęły pracę na uczelni – jednak rywalizacja wówczas stała się już maksymalnie niezdrowa i wynaturzona. Obie nie spały, pracowały dzień i noc by się pokonać i być na pierwszym miejscu w rankingach. Jeździły na taką liczbę konferencji, że aż trudno uwierzyć, że ktoś ma na to energię. Pisały tyle tekstów, że aż wstydziły się potem, że robiły to na ilość, a nie na jakość.


Saturnica chciała udowodnić wszystkim, że jest najlepsza i coś warta, Plutonica była żądna pieniędzy, tytułów, zaszczytów i władzy. Ta historia oczywiście nie mogła skończyć się dobrze. Plutonica wbiła Saturnicy kosę między żebra i Saturnica usunęła Plutonicę z fejsbuka, telefonu i swojego życia. Dla tej osoby, która była ascendentalnym Strzelcem, ta sytuacja była nie do wyobrażenia – dlaczego ktoś posuwa się do zagrań poniżej pasa by osiągnąć cel? Dla Strzelca niemoralność jest czymś, na co nigdy się nie zgodzi i nigdy nie zaakceptuje. Saturnica postanowiła w miarę możliwości spróbować wycofać się z wyścigu, odpuścić i poświęcić duchowemu życiu. Rozwijać ezoterycznie, duchowo, medytować, uczyć się ziół, poznawać astrologię. Nie porzuciła pracy na uczelni, ale przestało ją interesować ściganie się z Plutonicą i wspinanie coraz wyżej. Przestała śledzić co się dzieje u Plutonicy – wybaczyła jej, ale nigdy nie zapomniała.
Niedawno Saturnica przypadkowo spotkała Plutonicę. Ta druga mocno schudła, była w bardzo kiepskim stanie. Przyznała się, że bierze garściami leki psychotropowe, ma silną depresję, fobię społeczną, agorafobię i jest wewnętrznie wypalona. Nieśmiało powiedziała, że próbuje medytacji – krótkich, dziesięcio-minutowych. I że uwielbia te chwile, gdy udaje jej się osiągnąć spokój i nie myśleć. 

Ta cała historia, (może prawdziwa, a może zmyślona ;) ) pokazuje idealnie negatywną manifestację karty, której boją się jedni, a inni uwielbiają – Diabła. Diabeł jest kartą wieloznaczną. To nie to, co prości Kochankowie mówiący o miłości, seksie, relacji, czy Rydwan, który jasno i wyraźnie zapowiada sukces, triumf i podróż. Z Diabłem tak łatwo nie jest, bo co talia, to inne zrozumienie tej karty, aż w końcu człowiek głupieje i sam już nie wie jak ją ogarnąć. Z jednej strony, jak w Thocie, mamy rywalizację, ambicję, bardzo silną seksualność, kreatywną energię. Z drugiej w RWS mamy uzależnienie, kompulsje, przyjemności, które prowadzą do cierpienia, gdy z nimi przesadzamy. Jak to więc jest z tym Diabłem? Jest zły, czy dobry? Kreatywny czy destrukcyjny? A może to figlarny stwór, który nas zaprasza do zabawy? I pyta: czemu jesteś taki poważny?

Ta karta mówi o ambicji, ciężkiej pracy, pasji, wysiłku. Ale jednocześnie o działaniach, które mogą nas zniszczyć – bo żądza by brnąć coraz dalej, mieć coraz więcej, doznawać coraz intensywniej, jest ogromna. Poza tym władza, adrenalina – to wszystko uzależnia. Rywalizacja dostarcza emocji, które mocno napędzają i sprawiają, że ciężko z tego zrezygnować. Przede wszystkim Diabeł mówi o tym, co się dzieje w naszym umyśle – że tam coś jest niedobrego, jakaś chciwość, żądza, nienawiść, gniew, zazdrość, pragnienie, ignorancja, ślepy instynkt. I to nas popycha do działań, które niekoniecznie są dla nas na dłuższą metę dobre. Diabeł to też poczucie winy, chęć dominacji, opętanie seksem, natrętne myśli, obsesje, kompulsje, bagaż przeszłości, który gdzieś chcemy schować pod powierzchnię, ale wychodzi na wierzch i boli. To współuzależnienie, albo zbyt silna zależność od innych. A nawet może pokazać wampiryzm energetyczny, toksycznych ludzi, którzy sycą się naszą energią. Diabeł, to wszystko to, co odciąga nas od nirwany i trzyma mocno w sansarze! Czyli to, co powoduje, że w naszych umysłach nie ma przestrzeni, miłości, szczęścia, a jest całe stado splamień i szkodliwych emocji i stanów mentalnych. 

W ramach mojego antycoachingu lekcja Diabła brzmi tak: nie musisz być zwycięzcą, a najlepiej nie bierz udziału w żadnym wyścigu. Idealnie jest nie dążyć do niczego, tylko cieszyć się bieżącym momentem, rozkoszować się zapachem lipy i błękitem nieba. Odpuszczać wszystko, co pojawia się w umyśle, szczególnie natrętne narracje i myśli, które dotyczącą jakiejś walki z kimś. Nie żyć w przeszłości, ani przyszłości, tylko być w pełni tu i teraz. Zamiast siedzieć na karmicznej poduszce bólu, żądzy, nienasycenia, łyknąć pigułkę spokoju i stabilności. Diabeł może być kreatywną energią, twórczą, nieskrępowaną siłą natury, może być outsiderem, który idzie swoją drogą, albo kimś kto ma ogromną samoświadomość swoich negatywnych wzorców i blokad, dzięki czemu może się od nich uwolnić. Wystawia język, bo nie traktuje niczego poważnie – rzeczywistość to żart, nietrwały sen, matrix. Do niczego nie lgnie, bo wie, że i tak, wszystko się rozpadnie i pęknie niczym mydlana bańka. Tak samo cieszy się z sukcesu, jak z porażki. I przede wszystkim jest asertywny, olewa konwenanse i normy społeczne. Diabeł to też proces uleczenia głębokich traum. Diabeł odsłania naszą mroczną stronę, podaje na tacy nasz cień i karze nam się z nim zmierzyć. Bez upiększeń pokazuje jacy jesteśmy. 

Jego dobra strona to umiejętność cieszenia się życiem, fascynacja wszystkimi jego przejawami, nie wypieranie żadnego z jego aspektów. W pozytywnej odsłonie mówi o osobie, która potrafi wyrażać swoje pragnienia i niczego nie tłumi, buduje silne związki i mocne relacje, osiąga sukces i korzysta z życia. To osoba, która jest wolna, zrzuciła kajdany – uzależnień, konwenansów, ciężkich relacji, wampirów energetycznych. Bo pozytywną odsłoną Diabła jest wolność i uzdrowienie. Można to osiągnąć poprzez stopniową naukę odpuszczania połączoną z relaksowaniem i stabilnością ciała, ciszą oddechu i zgłębianiem przestrzeni umysłu. Jak pokazuje historią z Plutonicą, nawet najbardziej ambitne i żądne chwały osoby, prędzej czy później dochodzą do tego miejsca, w którym nic tak nie cieszy, jak chwila spokoju w umyśle.

niedziela, 29 maja 2016

Saturniku, powstań z kolan!

Saturniku, powstań z kolan!
Gdy przychodzi na świat nowy Saturnik, to śmiało można mu podarować podręczny zestaw do samobiczowania. Prędzej czy później doceni ten wyszukany dar i zrobi z niego użytek. Na kolejne urodziny pejcze i biografię Św. Szczepana, ewentualnie portret Św. Wojciecha – każdy męczennik mile widziany na ścianie porządnego Saturnika. W końcu każdy potrzebuje źródła inspiracji, a spoglądanie na umęczoną twarz spragnioną duchowości jest dla Saturnika idealną pożywką. Zastanawiasz się czy mała rzeźba przedstawiająca Szymona Słupnika świecąca w ciemności to dobry prezent na 30 urodziny? Zdecydowanie! 

W tym odrobinkę prześmiewczym wstępie chcę pokazać, że tym, co lubią ludzie naznaczeni trudnym* Saturnem jest troska, martwienie się. Takie mają hobby. Jedni zbierają znaczki, inni lubią dalekie podróże, czy wspinaczkę wysokogórską. A saturniarz się martwi. Jak nie ma czym, to sobie coś wymyśli, znajdzie, wyszuka, albo wróci do czegoś z przeszłości, co dawno temu było źródłem utrapienia. Gdy opowiadasz coś Saturnikowi, on usłyszy najwyraźniej to, co najgorsze, najsmutniejsze i oczywiście weźmie to do siebie. Bo może mieć problem z odbiorem pozytywnych treści. Czasem przyswaja je z trudnością i z brakiem ufności. Jeśli coś miłego usłyszy, to zaraz uruchamia sobie w głowie głos wewnętrznego krytyka, który szepcze: „to pomyłka, nie chodzi o ciebie przecież”, „raz ci się udało coś fajnego, to przypadek”, „dupa tam”, „i tak umrę, na co mi to”. Jest to wewnętrzny system zaprogramowany na to, by Saturnik miał jak najmniej radości z życia. Bo w zasadzie o to mu chodzi – radość jest stanem, którego się boi. Gdy jest dobrze, to przeraża, że to minie i będzie zaraz gorzej, trudniej, boleśniej. Saturnik wybierze pesymistyczną wersję, bo w niej czuje się lepiej. Jak to powiedział Woody Allen w jednym swoim filmie: „Dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pełna... trucizny!”
Saturn karmi się dyscypliną, regułami, prawami, ograniczeniami, powagą, ascezą, wyrzeczeniem, ale też filozofią, astrologią. Wbrew pozorom saturnik ma swoją jasną i mocną stronę, której wiele zawdzięcza i która może go daleko zaprowadzić. Bo Saturn jest wytrwały i cierpliwy. Ta planeta może się niesamowicie pozytywnie zamanifestować! Bardzo istotne jest to, by osoba naznaczona Saturnem potrafiła dostrzec swoje mocne strony. Kolejnym punktem w tym procesie jest zaprzestanie karmienia tej planety. Najłatwiej jest to zrobić poprzez skoncentrowanie się na karmieniu jakiejś innej. Na przykład Wenus. Karmienie Wenus może się okazać całkiem fajne i stopniowo Saturnik osłabi swoją skorupę i koleiny. Odżywianie tej planety to otworzenie się na różnego rodzaju przyjemności, rozrywki, lenistwo. Pomocny może być również kontakt z Wenusowcem, którego energia załagodzi ciężkie wpływy Kronosa. Ale co zrobić z tymi myślami, które sprowadzają Saturnika w dół i odbierają radość życia? Może zabrzmi to banalnie, ale jest to dosyć trudne – kluczowe jest zarządzanie myślami. 

Zarządzanie myślami, czy emocjami łatwe nie jest. Jednak każda myśl, której poświęcamy uwagę jest zasilana i wzmacniana. Im więcej ma uwagi, tym trudniej jej się pozbyć. Aż staje się nawykiem, którego nie sposób usunąć bez włożenia w to większego wysiłku. Współczesna psychologia sporo mówi o tym jak skutecznie zarządzać (nie kontrolować, bo to jest siłowe i męczące) tym, co się dzieje w naszych głowach. Ale podobne techniki znane już były w dawnych Indiach, o czym możemy poczytać chociażby w Jogasutrach. Zarządzanie myślami i emocjami to bardzo istotny element jogicznej ścieżki:

witarka-badhane pratipaksza-bhawanam ||2.33||

Dosłownie oznacza to, że gdy tylko pojawią się negatywne myśli należy je zastąpić ich przeciwieństwem. Pozwala to przezwyciężyć wszelkie pojawiające się słabości. Negatywne myśli pojawiają się wciąż w umyśle z powodu sanskar. Można w uproszczeniu powiedzieć, że sanskary to ślady odciśnięte w umyśle. To one powodują pojawianie się kolejnych myśli, emocji, stanów umysłowych. Jest to takie samo-napędzające się koło, które można przerwać poprzez świadomy wysiłek. Niemoralne czyny, myśli czy słowa zostawiają negatywne ślady w nieświadomości. Patańdżali nie radzi aby krytykować siebie za negatywne myśli, ale aby zarządzić nimi gdy tylko się pojawią. Wjasa w swoim komentarzu tłumaczy to w następujący sposób: gdy tylko pojawi się myśl w rodzaju: „nienawidzę go“, „zazdroszczę wszystkiego“ itd., należy wytworzyć myśl przeciwną „kocham czujące istoty", „cieszę się szczęściem innych“ itd. Wjasa pisze:

„Płonąc w ogniu tego świata, przyjąłem schronienie w jodze poświęcając się dobru wszystkich istot; po wyrzeczeniu się negatywnych myśli gdybym znów do nich powrócił byłbym jak pies liżący własne wymiociny“.

Zrobiło się poważnie, Patańdżali musiał być Saturnikiem! Wjasa zresztą też na 100 % miał mocnego Saturna. Inaczej częściej sypali by żartami, a tak to jednak nie jest łatwo zgłębiać się w ich hermetyczny język. Zostawmy jednak na boku tę technikę i omówmy kolejną. Odpuszczanie i relaks – niektórym przychodzi to naturalnie, jednak Saturnik musi się namęczyć by się zrelaksować.
Bardzo pomocną techniką jest postrzeganie myśli i emocji jako chmur. Dostrzeżenie ich ulotnej, krótkotrwałej natury. Takie ćwiczenie pozwala stworzyć dystans i osłabia stopniowo wewnętrzną narrację. Myśl pojawia się i odpływa – niczym obłok na błękitnym niebie umysłu. Jest świadomość tej myśl i pozwolenie by zniknęła. Dotyczy to emocji – lęków, gniewu, zazdrości. Puszczenie emocji i myśli polega na tym, że nie zasilamy ich uwagą. Dobrze jest pomyśleć „to tylko myśli, to nie jest rzeczywistość, ale jakiś chwilowy, uwarunkowany stan”. Nawet jak to dużo cierpienia, typowa 9 Mieczy, a może nawet 10 Mieczy – stany bólu, kresu, depresji, braku nadziei. Można być 9 Mieczy – wejść w koszmar i nakręcać go myślami, trzymać się go kurczowo. Można też puścić myśli, emocje, lęki i zrozumieć, że one są równie uwarunkowane jak cała rzeczywistość. Powstają, bo coś je wywołało, a w innych okolicznościach znikają. Nie ma w nich żadnego trwałego rdzenia.
W talii RWS trójka mieczy przedstawia ból, który trwa, bo nie umie się odpuścić. Strzały bolesnych myśli przeszywają całe ciało. Człowiek przekuty na wylot niczym laleczka voodoo pogrąża się w głębokim smutku. A wystarczy odwrócić tę kartę i miecze wylecą. Obolałe serce się od nich uwolni i przyjdzie ukojenie. Zrozumienie, że póki trzyma się w sobie żal, pielęgnuje i zasila ból, cierpienie, wyrzuty sumienia, zmartwienia, troski, konflikty, to one trwają. Sami nadajemy im siłę. Tworzymy je i umacniamy. 

*Oczywiście Saturn dobrze postawiony może symbolizować wiele korzystnych i pozytywnych cech. Nie chcę demonizować tej planety.

czwartek, 7 kwietnia 2016

To nie jest post o pluszowych misiach, czyli lekcja Wieży

To nie jest post o pluszowych misiach, czyli lekcja Wieży
Kolega powiedział mi kiedyś pewną mądrość: „Co mnie nie zabije, to ja zabiję. I zjem.” Podoba mi się ta strategia dotycząca trudnych sytuacji, bo traktowanie przeszkód i stresów jako wyzwań, którym należy stawić czoła jest dużo korzystniejsze niż strategia lękowo-ucieczkowa. Ale co wtedy, gdy okazuje się, że życie nas jednak rozkłada na łopatki, przeżuwa i wypluwa, a jedyne co pozostaje to smak mdłej traumy i brak sił by się podnieść? Trauma to jedno z zagadnień, które mnie nurtuje od lat. Wiąże się to z moim poznawaniem karty Wieży, której lekcja do traumy pasuje idealnie. Wieża to wydarzenia nagłe, przychodzące z zewnątrz (lub z wewnątrz), uderzające nas swoją siłą. Niespodziewane zawalenie się czyjegoś świata, planów, marzeń, dążeń. Pozostawia po sobie gruzy. Ale Wieża to również Dom Boga. Jak to zauważył A. Jodorowsky, to jedyna karta, na której został przedstawiony Absolut. To jak to? Może jest w tym całym cierpieniu jakiś sens?

Miłość i szczęście nie uczą nas niczego, tylko potwierdzają, ze jesteśmy na właściwej drodze.
Trudności uczą nas kim jesteśmy, głębiny cierpienia nas tworzą.
Trauma jest potrzebna. I wcale nie chcę tu sugerować, że powinniśmy cierpieć i cierpliwie nieść swoje krzyże! Dajcie spokój, chodzi mi o coś zgoła innego. Gdy już spotyka nas trauma, nie jest to przypadek, nie jest to jakaś loteria. Jak to ujął Cortazar „przypadkowe spotkanie jest czymś najmniej przypadkowym w naszym życiu”. Pomyśl o tym. Jakie funkcje może pełnić trauma, która polega na niewyobrażalnym i przekraczającym wszelkie granice cierpieniu? Ano takie, że pomaga w rozwoju, może pomóc przebudzić różne uśpione moce, zdolności (wielu ludzi zajmujących się wizjami/astrologią miało jakieś doświadczenia bliskie śmierci). Jeśli człowiek potrafi tę energię wykorzystać i jest na drodze duchowej, to będzie to dla niego bardzo duży napęd do rozwoju. Ale co z tym Absolutem? No właśnie, to jest najciekawsze w lekcji Wieży. Ogień z nieba burzy całą misterną konstrukcje, ludzie lecą jak muchy, cegły się kruszą… I to jest ten moment, w którym masz szansę dostrzec jak bardzo wszystko to, co Cię otacza jest iluzją, matrixem, projekcją, snem, wyobrażeniem, marą, mają. Rzeczywistość jest jak mydlana bańka, kropla rosy na liściu, zamek z piasku. O tym mówi lekcja Wieży – ten sen rozpadnie się, śnisz go do momentu śmierci, potem wejdziesz w nowy, w inny. Doświadczenie Wieży jest tą lekcją, w której masz szansę to przejrzeć i doświadczyć. Możesz to wykorzystać i pójść w stronę boskiego płomienia, którego iskry migają między cegłami. Albo możesz to zaprzepaścić. Bo zawsze jest wybór. Lekcja Wieży, rozpadu, dezintegracji, pokazuje czym jest nasz świat, nasze ciało, nasz umysł. Boli jak fix, ale jednocześnie może zasilić energią do pełnego uzdrowienia na najgłębszym poziomie. Wieża to karta przedstawiająca nic innego jak… Oświecenie. To karta przebudzenia i poznania natury rzeczywistości. W takich codziennych sprawach może mówić o przebłysku geniuszu, nagłych pomysłach, inspiracji, celebracji, wytrysku, otwartości, otwartości na coś nowego. To karta ulgi, pozbycia się czegoś, czego było za dużo i co było niepotrzebne. Pokazuje, że po burzy przychodzi spokój. Że oczyszczenie jest konieczne, by można było zbudować coś nowego. Jeśli nie zrobimy miejsca na nowe rzeczy, to będziemy grzęźli w błocie przeszłości niosąc na sobie niepotrzebny bagaż. Ogień Wieży wypala wszystko i pozostawia po sobie przestrzeń na budowę nowej konstrukcji – lepszej, doskonalszej, wspanialszej. To, co było niepotrzebne i już nam nie służyło odeszło. To, co nie sprzyjało naszemu rozwojowi zostało wypalone.
Wieża nas wzbogaca – uzbrojeni w wiedzę i doświadczenia możemy wydajniej działać i służyć pomocą innym, wiedzieć jak się zachować i jak przetrwać. Mamy w sobie siłę – skoro przetrwaliśmy Wieżę, to przetrwamy wszystko. Wieża to też narodziny – w tym świecie zbudowanym na dualizmach skoro coś umarło, to coś się musi narodzić. Pokazuje to Gwiazda. Ale to już kolejna tarotowa lekcja.


Do napisania tego tekstu mocno zainspirowała mnie rozmowa z Władkiem – dziękuję!:) :) :) 

piątek, 11 marca 2016

Lekcja Rydwanu, czyli o depresji

Lekcja Rydwanu, czyli o depresji
„Dlaczego Rydwan?” Zapytacie, gdyż ta karta przecież nie przywodzi na myśl depresji. Ale właśnie dlatego ją wybrałam, bo mówi o bardzo silnej, ukierunkowanej energii, która popycha do działania. Jest to jedna z najbardziej aktywnych kart, a człowiek w depresji jest tego całkowitym przeciwieństwem. Jest zablokowanym antyrydwanem, który nie ma motywacji, sił, energii, woli.



Słowo „depresja” jest niestety zbyt często nadużywane. Komuś się zrobiło smutno, bo koleżanka powiedziała, że nowa fryzura jest brzydka i postarza o milion lat, i już mówi o depresji. Kilkudniowa chandra to też nie jest depresja. Depresja to schorzenie dotykające naszą całą psycho-fizyczną konstrukcję, gdyż przejawia się zarówno w ciele, jak i w umyśle. Jedzenie zaczyna smakować jak popiół, traci się kontakt z ciałem, może pojawić się tak silna obojętność, że już osobę z depresję przestaje obchodzić czy idzie do sklepu w tłustych włosach czy swetrze poplamionym keczupem i pastą do zębów. Tak silna anhedonia, że jedyną czynnością na jaką się ma energię jest leżenie na łóżku. Najgorsze jednak są huśtawki nastroju wahające się od tak głębokiego smutku, że samobójstwo wydaje się być ratunkiem, po obojętność na wszystko, co się wydarzy. W umyśle pojawiają się filmy pokazujące wydarzenia z przeszłości, które wciąż wracają, powodując bardzo silne poczucie winy, lęk przed piekłem, niską samoocenę. Ten stan może trwać kilka lat. Może mieć różne stopnie nasilenia. Człowiek z depresją może zdobyć się na różnego rodzaju aktywność – chodzić do pracy, osiągać sukcesy. Ale gdzieś tam w środku jest ten demon smutku pożerający jakiekolwiek zalążki dobrego samopoczucia
Depresja jest złożona. Bardzo głębokie jej odmiany wymagają radykalniejszych form leczenia, nawet niekiedy stosuje się elektrowstrząsy. Taką depresją się tu nie zajmujemy, bo to jest grubsza sprawa. Ale jeśli te stany depresyjne są uciążliwe, ale nie na tak głębokim poziomie, że konieczna jest hospitalizacja, to mam tutaj kilka sposobów. Ale, jako że to lekcja Rydwanu, myślę, że najważniejsza jest jedna rzecz: chęć by z tego stanu wyjść. I to wcale nie jest takie oczywiste!
  1. Po pierwsze dobrze jest nawiązać z kimś kontakt. Z kimś z rodziny, z terapeutą, przyjacielem, nauczycielem duchowym, tarocistą, lekarzem. Z kimś, kto nie będzie mówił, że wie lepiej co wy czujecie i że po prostu lubicie się martwić, z kimś, kto nie będzie wam kazał się uśmiechnąć, ani nie powie, że przecież nie macie powodów do depresji i po prostu w dupach wam się poprzewracało. Sorry, takim poradom dziękujemy. Ludzie z depresją potrzebują akceptacji i wsparcia, a nie pouczania jak powinni się czuć. Terapia może i jest kosztowna, ale warto pójść w tę stronę, bo często okazuje się, że to wszystko co się w nas dzieje jest dużo bardziej skomplikowane. I ma drugie, trzecie i czwarte dno, którego nie byliśmy świadomi. Terapia może boleć, wkurzać, drażnić i męczyć, może być poczucie, że nic się nie zmienia, a na koniec okaże się, że i tak prowadzi was Kosmos i wystarczy wejść w rytm i nurt tych fal wydarzeń, w ten pokręcony taniec rzeczywistości i po prostu odpuścić. Ale zanim do tego dojdziecie, warto wydać te worki pieniędzy na terapię, bo człowiek z depresją nie czuje tego kontaktu ze światem, nie na takim poziomie, na którym dostrzegałby jego pokręconą harmonię.
  2. Bardzo ważne jest podejście do depresji na poziomie ciała – zadbanie o odpowiednią dietę, odrzucenie alkoholu, kawy, uzupełnienie braków witamin. Niezwykle pomocny może okazać się dziurawiec, jednak nie w formie herbaty, a w formie tinktury (wyciąg na alkoholu). Można również zaopatrzyć się w Deprim Forte, który jest preparatem z dziurawca. W depresji można utracić zdolność odczuwania ciała, bo przecież w ciele ulokowane są emocje, których człowiek dotknięty tym schorzeniem czuć nie chce. Dlatego doskonale jest próbować ten kontakt z ciałem nawiązać poprzez taniec, bieganie, jogę, tai chi, zapasy, fikołki, pajacyki, masaże, akupunkturę, hula hop. Może być na początku ciężko, ale warto. Intensywny ruch i wysiłek powoduje to, iż nasz organizm produkuje endorfiny – dzięki czemu nastrój staje się lepszy, poziom stresu spada i po prostu czujemy się wspaniale.
  3. Dobrze jest... znaleźć sobie zajęcie. Coś, co nas tak mocno zaabsorbuje, że nie będzie czasu na depresję.
  4. Jeśli odczuwacie potrzebę zewnętrznego wzmocnienia pracy z umysłem, to skonstruujcie rytuał pożegnania z depresją. Taki psycho-magiczny akt uwalniający was od tego stanu – najlepiej, żeby było to coś mocnego. Uruchomcie wyobraźnie i działajcie.
  5. Praca na poziomie ciała to bardzo ważny element, a drugim jego biegunem jest poziom umysłu. Tak jak człowiek na karcie Rydwan trzyma lejce i kieruje tym zaprzęgiem, tak i wy weźcie depresyjne stany w swoje ręce. Kieruje rydwanem bezwysiłkowo, mimowolnie, bardziej pozwala rzeczom się dziać nadającym im tylko jakiś kierunek. Ma wszystko, by osiągnąć sukces. Ma w sobie pełnię, wszelkie zasoby, ugruntowanie, moc, odwagę. Wszystko zależy od tej osoby – jej samopoczucie, stan umysłu, emocje. Jest wewnątrzsterowna, co oznacza, że inni nie mogą jej zabrać dobrego nastroju. Ma w sobie siłę, która wynika z niej samej, ze środka, a nie z tego, co mówią, czują, robią inni. Mocne ugruntowanie w sobie pozwala iść do przodu bez żadnego problemu. Każdą przeszkodę przeskakuje. Doskonale zarządza emocjami, skupiając się na tym, co dobre, odpuszczając to, co toksyczne i trudne. Nie pozwala ani jednej bolesnej myśli czy emocji na długo trwać w umyśle, bo odpuszcza te stany. Na co to komu. Jak się powozi Rydwanem, nie ma czasu na takie rzeczy. Rydwan to zarządzanie umysłem, myślami, emocjami. Zarządzanie myślami oznacza, że poświęca się czas i energię tylko na to, co jest zdrowe, potrzebne, rozwijające i korzystne. Lękowe myśli, scenariusze, martwienie się, obwinianie, surowość – odpada przy tej karcie. Postać na Rydwanie nigdy nie rozwija pesymistycznej wizji, nie traci czasu na analizę tego, co może pójść nie tak, ani na roztrząsanie wydarzeń z przeszłości, które bolały, kiedy była krzywda i łzy. Postać mknie do przodu nie patrząc w tył. Przeszłość jest zamknięta. A przed nią do zdobycia nowe, wspaniałe cele, cudowne osoby do poznania, piękne rzeczy do zobaczenia, sukcesy do osiągnięcia. Cokolwiek mogłoby w tym przeszkodzić nie jest warte najmniejszej uwagi – na tym polega ukierunkowywanie energii Rydwanu. Cień, nieświadomość jest zintegrowny – w końcu oba konie są pod kontrolą. Pozostaje tylko cieszyć się daną chwilą zanurzając się w pełni w tu i teraz. Bez tworzenia w głowie scenariuszy, bez lgnięcia do smutków, bólów, trosk i lęków. Można tak dla odmiany spróbować. Może nie jest to takie głupie.

  6. Koniecznie sprawdźcie sobie co się dzieje w waszych horoskopach. Może akurat Saturn wam siedzi na Księżycu, a wy już niepotrzebnie lecicie do apteki po jakiś xanax... Powolutku! Astrologia może nieźle pokazać, że ten zły czas się w końcu kończy, więc polecam wam to mocno.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

A czy ty nakarmiłeś swoje demony?

A czy ty nakarmiłeś swoje demony?
Praca z cieniem to dość ważny element rozwoju duchowego. Wiele lat zajęło mi zrozumienie, że by coś w tej materii osiągnąć należy mieć mocne ego – inaczej przytłoczeni przez deficyty, smutki, żale, troski wpadniemy w sidła neurozy, depresji czy innego szatana. Brutalna prawda wygląda tak, że tylko my sami możemy osiągnąć nirwanę – nikt za nas tego nie zrobi. Tak samo tylko my sami możemy pracować ze swoim cieniem i deficytami. Terapeuta, guru (czy jak to mówi Śri Maharishi Mirek - „Dołu”), może dać wsparcie, pokierować, ale praca zawsze zależy od nas. Jeśli się z tym zgadzacie, to będziecie zachwyceni książką Tsultrim Allione „Nakarmić swoje demony”.
Tslutrim Allione jest nauczycielką buddyjską od lat związaną z nurtami wadżrajany. Jej życie nie było usłane różami – śmierć dziecka, rozwód, śmierć męża, z tym wszystkim musiała się zmierzyć. A jednocześnie nigdy nie straciła z oczu duchowej ścieżki. W najtrudniejszym momencie swojego życia, gdy przechodziła żałobę po stracie córki, napisała książkę o kobietach w buddyzmie – tych znanych i tych zapomnianych. I po wielu latach wydała kolejną książkę – psychologiczny poradnik oparty na starożytnej buddyjskiej praktyce. Można się czepiać, że pop buddyzm, że to Wielkie Nauki, które wchodzą do mainstreamu i że jak to tak można buddyzm popularyzować i rozrzedzać. Można się czepiać, że buddyzm to nie psychologia, tylko soteriologia – nie chodzi w nim o poprawę samopoczucia! Chodzi o całkowite wyzwolenie z kręgu narodzin i śmierci, a nie lepsze warunki i komfort w sansarze. Można się czepiać, ale ja nie będę, bo według mnie książka jest ŚWIETNA i zasługuje by napisać to caps lockiem.
demons

Lama Tslutrim Allione mówi, że my na Zachodzie wciąż z czymś walczymy – walczymy z anoreksją, bulimią, alkoholizmem, depresją, rakiem, lękiem, traumą, chorobą. I na wielu nekrologach można przeczytać: „przegrał długą walkę z chorobą”. Co świadczy o tym, że ta strategia nie jest wcale skuteczna. I jej propozycja polega na tym, by te demony karmić, zamiast walczyć i próbować je stłumić, zniszczyć, odciąć. Ta walka przypomina odcinania głowy hydrze – na jej miejsce wyrasta pięć kolejnych. I tak się to kręci.
Demony są czymś nietrwałym, ale mocno do nich lgniemy – może nie potrafimy sobie wyobrazić siebie bez nich? Czym są te demony? Konieczny jest dłuższy cytat z owej książki:
Nasze demony to nie starożytne gargulce rodem z XI-wiecznego Tybetu. To nasze troski, nasze życiowe problemy, które nie pozwalają nam doświadczyć wolności. Może to być konflikt z partnerem, strach przed lataniem samolotem albo uczucie niezadowolenia, którego nas ogarnia, gdy patrzymy na siebie w lustrze. Twoim demonem może być lęk przed porażką, uzależnienie od papierosów, alkoholu, pornografii albo pieniędzy. Twój demon może napełniać cię lękiem przed porzuceniem albo sprawiać, że ranisz najbliższe ci osoby. Osoba cierpiąca na bulimię nosi w sobie demona, który ciągle domaga się słodyczy albo tłustych potraw. Demon anoreksji mówi, że jeśli coś zjesz, to znaczy, że poniosłaś klęskę i że nigdy nie będziesz wystarczająco szczupła. Demon lęku przekonuje, że nie możesz wjechać na ostatnie piętro wysokiego budynku albo wyjść na spacer po zmroku.
Większość ludzi powie zapewne, że nie wierzy w demony, ale to słowo jest w powszechnym użyciu, a kiedy je słyszymy, wiemy, co oznacza. Na przykład zazdrosna osoba mówi o swoim „demonie zazdrości”. Używamy określenia „ciągle dręczą go jakieś demony”. Często słyszymy też, że ktoś „zmaga się ze swoimi demonami” lub że weterani wojenni „toczą walkę z demonem stresu pourazowego”.
Tak naprawdę demony są częścią umysłu, a to oznacza, że nie są obdarzone niezależną egzystencją. Mimo to zajmujemy się nimi tak, jakby były rzeczywiste, wierzymy, że istnieją naprawdę – spytajcie o to kogoś, kto zmagał się ze stresem pourazowym, z nałogiem albo lękiem. Demony dają o sobie znać bez względu na to, czy je prowokujemy, czy nie. Dla umysłu demony są rzeczywistością, więc podejmujemy z nimi walkę. Zazwyczaj nawyk walki z dostrzeganym problemem dodaje demonowi sił zamiast go osłabiać. Tak naprawdę demony wywodzą się z naszej skłonności do tworzenia polaryzacji. Gdy zrozumiemy, jak pracować z potrzebą zdobycia przewagi nad domniemanym wrogiem, ze skłonnością do postrzegania wszystkiego w kategoriach albo-albo, uwolnimy się od demonów, bowiem usuniemy ich przyczyny.
To podejście jest świetne. Tsultrim Allione nie wlepia człowiekowi numerka z serii ICD-10, nie mówi o chorobach, ale o tym, że wszystko co przechodzimy wiąże się z naszym wewnętrznym procesem, nad którym sami możemy cały czas pracować. Metoda to w wielkim skrócie wizualizacja demona i karmienie go tym, czego akurat od nas potrzebuje. Polecam sięgnąć i zapoznać się każdemu. Tslutrim Allione przypomina, że w końcu wszystko jest niczym sen, nietrwałe jak mydlana bańka i dlatego nie ma problemu by to, co jest demonem, zamieniło się w chroniącego nas strażnika.
Tsultrim Allione, Nakarmić swoje demony, wyd. Berckana, Warszawa 2014.
buddhisthell

sobota, 28 listopada 2015

Higiena umysłu

Higiena umysłu
Od najmłodszych lat uczymy się jak dbać o ciało. Poznajemy podstawy higieny, chodzimy na lekcje gimnastyki, szczotkujemy ząbki i uczymy się, że włosy myje się szamponem, a nie oliwką Bambino. Niektórzy mają silną potrzebę by dbać o kondycję fizyczną i regularnie biegają, jeżdżą na rowerze, chodzą na siłownie. Inni dbają o ciało poprzez zabiegi pielęgnacyjne, masaże, kąpiele, maseczki, ładne ubrania. Nikt z tym nie dyskutuje, bo to jest normalne. Dużo rzadziej się zdarza byśmy byli uczeni od najmłodszych lat jak dbać o umysł. Jak sprawiać by był zdrowy, radosny i pełen pozytywnych myśli i emocji. Jak osiągać spokój, relaks i dobre samopoczucie. Z moich obserwacji i doświadczenia wiem, że wiele osób ma trudne warunki w dzieciństwie, albo nadmiar emocji i miłości, albo niedobór, albo rozwód rodziców, albo śmierć, albo atmosfera w domu tak ciężka, że brak mi metafory. Można by wymieniać w nieskończoność. Ze świecą szukać ludzi, którzy wychowali się w warunkach idealnych i zostali nauczeni jak dbać o umysł, jak pracować z trudnymi emocjami. Dbamy o czystość ciała, o higienę, ale często zapominamy, by dbać o higienę umysłu. A to jest nawet ważniejsze!

Dbanie o czystość umysłu można nazwać, jak współcześni psycholodzy, zarządzaniem emocjami. Można to rozszerzyć na wszelkie procesy umysłowe – myśli, uczucia, doznania. Tak jak zarządza się swoim czasem określając: aha, poświęcę dziś godzinę na jogę, a potem 3 pracy, a potem obiad. Tak samo można zarządzać tym, co dzieje się w naszej głowie. Nie jesteśmy skazani na to, co się tam pojawia, ale mamy coś, co pozwala nam decydować na co poświęcamy najwięcej czasu, a na co najmniej. Wolność. Jesteśmy wolni i zawsze możemy wybrać jak dysponujemy naszym potencjałem. Jak ulokujemy energię, jaką mamy. Co zrobimy z trudnościami. Nie ma dobrych i złych cech, czy potencjałów. One po prostu są, a to my decydujemy czy są korzystne, czy szkodliwe. Osoba, która ma Saturna na ascendencie może być autorytarna, smutna, poważna, ale może równie dobrze być zdyscyplinowana i iść jak czołg po swoje cele. To zależy od danego człowieka jak wykorzysta swoje możliwości.

Myśli, którym poświęcamy dużo uwagi są zasilane i wzmacniane. Z czasem przekształcają się w nawyki, a tych już dużo trudniej się pozbyć. To, jak myślimy o sobie i świecie w znacznej mierze jest po prostu naszym głębokim, czasem bardzo głęboko zakorzenionym, nawykiem. A nawyki można zmieniać. Można decydować czy będę pół dnia płakać w poduszkę, czy może jednak skieruje swoje emocje w innym kierunku. W niektórych przypadkach jest to bardzo trudne, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z depresją. Wtedy nie pomoże oglądanie kotków i piesków na youtube. A przyda się strategia – o tym w jednym z kolejnych postów.
Kluczowe w higienie umysłu jest to, by nie poddawać się negatywnym myślom, nie pielęgnować w sobie zazdrości, gniewu, pożądania, chciwości, głupoty, nienawiści. Na co to komu? Nie należy również spychać tych stanów w odmęty nieświadomości. Gdy się pojawiają można je poczuć, doświadczyć i odpuścić. Lgniecie i trzymanie się ich nigdy jeszcze nikomu nie pomogło. Inną kwestią jest to, że sporo emocji lokuje się w naszym ciele – można to odczuć, gdy ma się dużo napięć, bo wtedy pewne mięśnie są szczególnie napięte i sztywne. Dlatego dobrze jest mieć kontakt z ciałem i szukać sposobów na transformacje emocji poprzez aktywność fizyczną, czy artystyczną. Gdyż są momenty, gdy nie wystarczy zamiana myśli, czy przekierowanie uwagi, bo emocje są zbyt silne i głębokie. Na przykład przy stanach depresyjnych! Wtedy dobrze jest poszukać sposobu na wyrażenie i transformacje tych doznań – przez bieganie, boks, malowanie, pisanie, śpiewanie... Możliwości jest sporo. A na koniec cytat Wjasy:
Płonąc w ogniu tego świata, przyjąłem schronienie w jodze poświęcając się dobru wszystkich istot; po wyrzeczeniu się negatywnych myśli gdybym znów do nich powrócił byłbym jak pies liżący własne wymiociny. Jbh. II.33.
Copyright © 2016 Odcienie Tarota , Blogger